Kalendarium

Poprzedni miesiąc Wrzesień 2020 Następny miesiąc
P W Ś C Pt S N
week 36 1 2 3 4 5 6
week 37 7 8 9 10 11 12 13
week 38 14 15 16 17 18 19 20
week 39 21 22 23 24 25 26 27
week 40 28 29 30
facebook_page_plugin

  wym3


Koła zainteresowań

Chór szkolny

skanuj0017

Koło Historyczno-Modelarskie "Tygrysek"

KHM

Wesprzyj potrzebujących

Przekaż 1% lub darowiznę

Pomoc dla Kingi
siostrzenicy S. Celiny

      Prośba >>    plakat >>
                  ulotka >>

    Pomoc dla Michalinki  
córki Absolwentki naszego Liceum

           więcej informacji >>

P8370907

    
     Wizyta w Niederkassel
      21-25 marca 2017 r.

Niedziela wieczór. Siedzę przy biurku i odrabiam lekcje, a raczej próbuję, bo przez moją głowę przebiegają setki wspomnień z ostatniego tygodnia. Wymiana polsko-niemiecko-ukraińska, w tym roku w Niederkassel, dla naszej grupy zakończyła się formalnie w sobotę o 12:35, gdy samolot do Katowic rozpoczął swój rejs, wydawałoby się, że całkiem podobny do poprzedniego, a przecież dla nas zupełnie inny. Bez dreszczyku niepokoju na myśl o czekającym nas wszechobecnym języku niemieckim. Bez niepewności, czy słówka nagle nie powylatują z głowy. Bez zdenerwowania, czy pomimo bariery językowej, będziemy w stanie znaleźć wspólny temat, nawiązać znajomość, czy po prostu zamienić parę zdań. Gdybym nie pojechała, pewnie też siedziałabym teraz w tym miejscu, tylko bez tego dobijającego smutku. Bez kilku nowych kontaktów w telefonie, kilku drobnych upominków. Musiałabym żyć bez tych wszystkich twarzy, rozmów, piosenek, tańców, wygłupów, uśmiechów i łez. Bez cudownych ludzi poznanych tak daleko od domu, których zawsze będę nosić w sercu. Bo przecież za każdą kombinacją dziewięciu cyfr zapisanych w telefonie kryje się wspaniała osoba. Każda z nich ma trochę inny wachlarz możliwości lingwistycznych, zupełnie inną historię, inne pasje. Drobne szczegóły układają się w obrazy. Diana słucha „Bring me the Horizon”. Hannah uśmiecha się praktycznie co chwilkę, uwielbia jeść żelki. Lisa kocha śpiewać, tańczyć, piec babeczki, czyta mangę. Bela, grając pierwszy raz od kilku miesięcy w kręgle, pobił nas wszystkich na głowę. Svenia chciałaby kiedyś zwiedzić Polskę, ale boi się, czy wystarczy jej pieniędzy. Świetnie zna język włoski, pierwsze próby z językiem polskim ma już za sobąJ Wszyscy byliśmy zgodni – pięć dni minęło jak z bicza trzasł. Wciąż mi mało tej atmosfery, ciepłego słoneczka, śmiechów, żartów, szeptów, siedzenia na bońskim skwerku w blasku zachodzącego słońca….. Wszystkie dni biegły tak szybko i tyle się w nich działo, że zlewają się w jeden zbiór przeżytych wspólnie chwil. Każdy z tych momentów zamknięty w szklanej kuli wspomnień pozostanie na długi czas w mojej pamięci. Myślę, że cena jaką płacimy za te cudowne chwile i wspaniałych przyjaciół, ukłucie w sercu przy pożegnaniu, nie jest wcale wysoka. Dzień pożegnania pamiętam ze szczegółami. Mój ostatni dzień nad Renem. Obudziło mnie jaśniejące już wysoko promienie słoneczne. Najsmutniejsze słońce jakie widziałam. Wstawałam trochę dłużej. Pakowanie jakoś opornie szło. Śniadanie nie chciało przechodzić przez gardło. W drodze na lotnisko oprócz Beli i jego mamy towarzyszyła mi Diana i Lisa. Port lotniczy Koeln-Bonn z pewnością widział już wiele powitań i pożegnań, ale ja nie widziałam jeszcze nigdy naraz tylu łez, uścisków, podarunków, obietnic, podziękowań, życzeń. Wtedy zdałam sobie sprawę, że zabieram ze sobą do domu „trochę ich”, ale i trochę u nich zostaję. Gdybym nie pojechała, byłabym teraz , patrząc z perspektywy tego, co się wydarzyło, trochę niepełna. Bez cudownych wspomnień w sercu, bez przyjaciół setki kilometrów ode mnie, bez innych punktów widzenia, które mi pokazali, historii, którymi się podzielili, wiedzy, którą mi przekazali. Z o wiele uboższą praktyczną znajomością języka niemieckiego. Chociaż to akurat wydaje się być najmniejszym problemem. Przecież dziewczyny nie zadzwoniłyby dziś do mnie z pozdrowieniami. Nie zapewniłyby, że im mnie brakuje. One dzisiaj są jeszcze razem, Ukrainki żegnają się dopiero jutro. I chociaż nasza wymiana przeszła już do historii, bo siedzę w domu i czekam na jutrzejszy szkolny dzień, gdzieś tam daleko pod katedrą w Kolonii siedzą moje przyjaciółki odpoczywając po zwiedzaniu fabryki czekolady. Gdybym mogła cofać czas, pewnie przewijałabym ten tydzień i przeżywała go wiele razy, zupełnie tak, jak dobrą scenę w filmie. Ale życie pobiegło dalej, jutro czeka mnie szkoła, stare obowiązków, znane twarze, szara codzienność….dziś jeszcze nieco zamglona. To samo czeka we wtorek Niemców, a w środę Ukrainki. I coś mi mówi, że po powrocie do codziennej rutyny jeszcze długo będziemy przechadzać się we wspomnieniach zielonymi alejkami parku uniwersyteckiego w Bonn, zachwycając się złotym zachodem słońca…..

                                                                          Ada Gnacek

                 logo Krakow         Szkoły Sióstr Prezentek
w Krakowie
                                         preview