|
Przyjaciele WUJKA
WYJAZDY
Jesień w Bieszczadach
4-5 października 2008 r.
|
Jesienią 2008 r., po długiej przerwie,
postanowiliśmy powrócić w Bieszczady – niezwykle malowniczy
zakątek, zwłaszcza o tej porze roku. Niestety, od rana lało
jak z cebra. Zrezygnowaliśmy więc z górskiej wędrówki i
razem z naszym przewodnikiem, panem Łukaszem, zwiedziliśmy
ruiny zamku w Sobieszowie, |
 |
 |
Kamień Leski i co najważniejsze -
słynną cukiernię w LeskuJ.
Mimo że pogoda się nie poprawiała, humory nam dopisywały. Na
nocleg pojechaliśmy do domu rekolekcyjnego
w Ustrzykach Górnych. Wieczorem próbowaliśmy się zintegrować
„na wesoło”. Oj, działo się… Niektórzy nawet nabawili się
kontuzji, ale na szczęście niegroźnych. Po szaleństwach była
też pora na refleksję. Jak zwykle dzień wyjazdowy
zakończyliśmy słuchając przemówienia Jana Pawła II |
|
(była to kontynuacja naszych
wakacyjnych rozważań).
Niedzielę rozpoczęliśmy Mszą świętą
w miejscowym kościółku. Tego dnia pogoda poprawiła się. Już
nie padało, więc zdecydowaliśmy, że zdobędziemy Połoninę
Wetlińską. Było przerażająco zimno, wietrznie i wręcz
zimowo. |
 |
|
Mimo to
wszyscy świetnie się bawili. Niektórzy nawet śpiewali, inni
ćwiczyli swoją wyobraźnię we mgle, a nieliczni próbowali
się nawet opalać. Najważniejsze, że Chatka Puchatka została
zdobyta! A my wprawdzie zmęczeni, ale z naładowanymi
akumulatorami powróciliśmy do Rzeszowa.
Wyjazd
zakończył się wyjątkowo smakowicie, bo po drodze ponownie
odwiedziliśmy „Słodki domek” w Lesku. Okazało się, że nawet
w niepogodę Bieszczady mają w sobie wiele uroku…
Anna Eberhard i Łucja Homa |
Majówka w Beskidzie Niskim
30.04.- 1.05.2008
|
Z przyjemnością mogłam ponownie uczestniczyć w wyjeździe
grupy „Przyjaciół Wujka”, która wędruje szlakami Jana Pawła
II. |
 |
Tym razem
udaliśmy się w Beskid Niski, gdzie zdobyliśmy dwa szczyty: Magurę Wątkowską i Baranie.
Naszymi opiekunami byli: pani Monika Wawrzkowicz, pan Paweł Majewski, pan Piotr Chmielowiec oraz ks.
Dariusz Trojnar. |
|
Podróż zaczęliśmy od
modlitwy do św. Krzysztofa o bezpieczną jazdę. Gdy
dotarliśmy na miejsce, rozpoczęliśmy wędrówkę na pierwszy
szczyt - Magurę Wątkowską (846 m n.p.m). Wspinaczka nie
była trudna, zważając na to, jakie góry zdobywaliśmy wcześniej. Na
szczycie mogliśmy ujrzeć pomnik postawiony w miejscu, na
którym ks. Karol Wojtyła odprawiał kiedyś liturgię. Pan
przewodnik poinformował nas, że do dzisiaj odbywają się w
tym miejscu Msze św. w rocznice śmierci Jana Pawła II. |
 |
|
Korzystając z okazji, odwiedziliśmy również
rezerwat przyrody „Kornuty”, na terenie którego znajdują się
fantazyjne wychodnie skalne. |
 |
Zwiedziliśmy także wnętrze
greckokatolickiej cerkwi w Bartnem.
Pod koniec dnia odbył się konkurs sprawdzający nasze
wiadomości o życiu Jana Pawła II, wygrała grupa Pauliny.
Zwycięzcy w nagrodę otrzymali oryginalne koszulki
„Przyjaciół Wujka”. |
|
W drugi dzień wędrowaliśmy po terenie
Magurskiego Parku Narodowego i najwyższym szczytem, jaki
zdobyliśmy, było Baranie
(z wysoką wieżą widokową). |
|
Po drodze
odwiedziliśmy trzy cmentarze wojenne, na których spoczywali
żołnierze polegli w czasie pierwszej wojny światowej. W tym
dniu podczas wędrówki towarzyszyli nam absolwenci, którzy
postanowili nawet po skończeniu szkoły kontynuować „wujkowe”
wyprawy w góry. |
 |
|
Oczywiście każdego dnia uczestniczyliśmy
we Mszy św., którą odprawiał nasz duchowy opiekun ks.
Dariusz Trojnar. Do Rzeszowa wróciliśmy zmęczeni, ale
zadowoleni. Teraz z niecierpliwością oczekujmy kolejnej
wycieczki.
Klaudia Gaweł
Zobacz więcej zdjęć
|
Jesień z Wujkami
5 -7.10.2007
Po wspaniałym wakacyjnym wyjeździe „Przyjaciół Wujka” do
Zakopanego, nie mogłem doczekać się kolejnej wycieczki. Wobec tego,
gdy wychodząc z lekcji wychowania fizycznego, spotkałem Pana
Majewskiego, który zaproponował mi i kolegom kolejny wyjazd wujkowy,
nie zastanawiałem się ani chwilę. Natychmiast się zapisałem.
Tym razem wybraliśmy się w Gorce w dniach 5-7 października. Jako
opiekunowie pojechali Pan Piotr Chmielowiec, Pani Monika Wawrzkowicz
oraz Pan Paweł Majewski .Naszą bazą był ośrodek w Ochotnicy, bardzo
zadbany i czysty. Stamtąd wyruszaliśmy na nasze wyprawy śladami Jana
Pawła II.
W pierwszy dzień naszym celem była góra Wysoka, której szczyt
znajdował się na poziomie 1050m n.p.m. Czy to wysoko, niech każdy
sam oceni. Drugi dzień był dniem kulminacyjnym-wtedy mieliśmy
zdobywać najwyższy szczyt Gorców – Turbacz o wysokości 1310 m n.p.m.
Jednak przed wyruszeniem na szlak pojechaliśmy do Łopusznej, gdzie
odwiedziliśmy grób ks. Józefa Tischnera, z którym wiele
filozoficznych rozmów odbył Jan Paweł II. Zwiedziliśmy także Izbę
Pamięci poświęconą ks. Tischnerowi. Następnie ruszyliśmy w góry.
Było ciężko, u niektórych brak kondycji zbierał zdradliwe żniwo,
lecz każdy z uśmiechem na twarzy, mniej lub bardziej zmęczony dotarł
na szczyt Turbacza. Widok jest stamtąd piękny, lecz chmury nie
pozwoliły nam w pełni go podziwiać. Po krótkim odpoczynku i
zjedzeniu drobnego posiłku zaczęliśmy schodzić w dół przez piękną
Halę Długą. Po powrocie do ośrodka wszyscy byli zmęczeni, lecz
zadowoleni.
W ostatnim dniu naszej wyprawy, w niedzielę najpierw poszliśmy na
Mszę Święta do kościoła w Ochotnicy. Potem wyszliśmy na Błyszcz.
Wyjściu jak zawsze towarzyszyły wspólne rozmowy na rozmaite tematy.
Każdy dzień zaczynaliśmy i kończyliśmy modlitwą. Uważam, że
wyjazd był bardzo udany, wróciliśmy wypoczęci, z utęsknieniem
czekając na kolejną wycieczkę.
Piotrek Bartosiewicz
Wakacje w Tatrach
Murzasichle
30.06. – 6.07.2007
Tym razem Przyjaciele Wujka wybrali się po raz czwarty w Tatry.
Dla jednych był to pierwszy wyjazd, a dla tegorocznych maturzystów
już ostatni. Naszą wyprawę rozpoczęliśmy 30 czerwca, udając się w
stronę miejscowości Murzasichle.
Codziennie (niezależnie od pogody, która potrafiła sprawiać
nieprzyjemne psikusy) z naszym przewodnikiem ruszaliśmy na różne
trasy śladami Jana Pawła II. Piękne widoki podziwialiśmy m.in. z
Rusinowej Polany, Gęsiej Szyi, Doliny Pięciu Stawów, Morskiego Oka i
Sarniej Skałki. Jeden dzień spędziliśmy też na Krupówkach,
rozwiązując w grupach zadania specjalne (m.in. przeprowadzając
wywiady z góralami, robiąc ankiety wśród turystów, zbierając podpisy
pod różnymi petycjami). Byliśmy też w Sanktuarium na Krzeptówkach –
miejscu szczególnie związanym z Janem Pawłem II.
Oczywiście w czasie naszych wędrówek nie zabrakło czasu na
wspólne rozmowy, Mszę świętą i wsłuchiwanie się w słowa Ojca
Świętego.
Wyjazd, jak każdy, był udany, a wszyscy uczestnicy powrócili do
domów z pomarańczową koszulką z logo Grupy, szczęśliwi i pełni
wspomnień.
Edyta Fura
Kwietniowa Majówka - 2007
W tym roku Przyjaciele Wujka jako swój pierwszy wyjazd w sezonie
zorganizowali wyprawę w Beskid Żywiecki. O wyjątkowości tejże
niekoniecznie stanowił fakt, że majówka odbyła się w kwietniu, ale
przede wszystkim to, że uczestniczyło w niej wspaniałe grono
debiutantów (wśród których byłam sobie skromnie również ja).
Cała przygoda rozpoczęła się naturalnie od zbióreczki pod
ROSiR-em i tu mniej więcej kończy się jej standardowość.
Rozweselonym autokarem dotarliśmy do Wadowic, gdzie, w ramach
poszukiwania parkingu, zatrzymaliśmy się w wyjątkowym miejscu (tuż
obok zakładu karnego). Oczywiście odwiedziliśmy dom Jana Pawła II, z
którego okien, na remontowanej ścianie bazyliki, mogliśmy zobaczyć
ów słynny zegar (z napisem „Czas ucieka, wieczność czeka”), na
którego tarczy została zaznaczona data „2 IV 2005” i godzina 21:37.
Nawiedziliśmy również bazylikę pw. Ofiarowania NMP, gdzie przyszły
Papież został ochrzczony. A następnie pożywiliśmy się -
tradycjonaliści kremówkami, praktyczni -lodami.
Później przejechaliśmy do położonej niedaleko miejscowości o
jakże malowniczej nazwie Rzyki Jagódki, skąd wdrapaliśmy się na Groń
Jana Pawła II (szczyt, na który jeszcze w dzieciństwie wspinał się
Karol Wojtyła ze swym ojcem), gdzie po spotkaniu z opiekunem kaplicy
i całego kompleksu wyleżeliśmy się na trawie, podratowując nasze
osłabłe, również po zimie, ciała. Dość szybko zeszliśmy do naszego
drogiego autobusiku, który powiózł nas w stronę ośrodka.
Po zakwaterowaniu spotkaliśmy się na Eucharystii, która odbyła się
na dość… ograniczonej powierzchni (jakieś pół metra kwadratowego na
osobę). W ten sam sposób zaczęliśmy drugi dzień naszego wędrowania.
Jeżeli jednak wyjrzało się rano przez okno w celu zobaczenia, jak
tam pogoda wygląda, to można się było przestraszyć, bo Babia Góra,
to „wielkie gdzieś tam daleko”, cała otulona była kołderką mgiełki,
a jej ośnieżone zbocza wywoływały dziwny dreszczyk u co
poniektórych. Jednak kiedy zaczęliśmy się już wspinać, nie wypadało
się wycofać. Tak więc szliśmy dzielnie, ogarniani mgłą i odświeżani
przez mżaweczkę. W końcu dotarliśmy do schroniska na Markowych
Szczawinach, gdzie jako tako odtajaliśmy, a następnie odwiedziliśmy
izbę muzealną. Nasi opiekunowie stwierdzili, że nie jest tak źle i
możemy kontynuować wyprawę. Mniej więcej od tego momentu zaczyna się
prawdziwa zabawa, która wyglądała tak: brniemy w śniegu po kolana
pod niemal pionową, nieprzyzwoicie oblodzoną ścianę, po prostu na
czworakach, łapiąc się wszystkiego po drodze (ach, ta
kosodrzewina…). W sumie, dopóki szliśmy, nie było tak źle…
wystarczyło jednak tylko stanąć, by poczuć się jak głęboko mrożone
kurczaki w zamkniętej chłodni, bo podziwialiśmy przepiękne widoki w
promieniu jakichś… 10 metrów? Potem (dość szybko) nastąpiło
szaleńcze schodzenie w dół (gdzie zdecydowanie lepsze od trepów
byłyby narty) pełne zaskakujących wypadków, jak np. incydent z
bananami.
Ostatniego dnia mieliśmy okazję przekonać się o kobiecej
zmienności, gdyż, jak na złość, Babia Góra zachwycała przepięknym
widokiem skąpanego w słońcu szczytu. Przemierzając ostatni szlak
przebyty przez Papieża przed konklawe, zdobyliśmy Policę, z której
szczytu mogliśmy zobaczyć nawet Tatry.
Jak zawsze za szybko wróciliśmy do domów, co jest smutną regułą
wszystkich udanych wyjazdów (niestety…).
Łucja Homa
Wakacje 2006
 |
W
moich planach wakacyjnych, już po raz trzeci nie mogło
zabraknąć wyjazdu
z „Przyjaciółmi Wujka”. W tym roku wybraliśmy się w
Bieszczady - do Zatwarnicy, skąd wyruszaliśmy na górskie
wyprawy. Przemierzaliśmy szlaki śladami naszego ukochanego
Ojca Świętego Jana Pawła II, pogłębiając Jego naukę. |
|
Każdy dzień rozpoczynaliśmy
i kończyliśmy wspólną modlitwą czy śpiewem przy ognisku.
Oczywiście nie mogło też zabraknąć codziennej Mszy Świętej,
odprawianej przez towarzyszącego nam ks. Dariusza Trojnara w
najróżniejszych miejscach: drewnianych bieszczadzkich
kościołach, na górskich polanach czy przy napotkanych
kapliczkach. |
 |
|
Wróciliśmy szczęśliwi, czując bliskość Boga i Jana Pawła II,
który towarzyszył nam w naszych wędrówkach. |
Zobacz więcej zdjęć
Magdalena Szczygieł
Z parasolem w Gorce
(maj 2006)
|
Nie cierpię zimy! W tym czasie mogę sobie
co najwyżej pozwiedzać wnętrze starej, drewnianej szafy,
której jedyną atrakcją są wszędobylskie mole. Na szczęście
nadeszła wiosna, a wraz z nią długi majowy weekend. Nie
trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że oznacza to wyjazd z
Wujkami na majówkę. |
 |
|
Tej pamiętnej soboty, kiedy opuszczaliśmy
Rzeszów, posępne drzwi szafy otwarły się z hukiem, a silna
dłoń mego właściciela pochwyciła mnie w stalowym uścisku.
- No, stary! - powiedział profesor Chmielowiec. - Czeka
na nas kolejna wspaniała przygoda! I to do tego w doborowym
towarzystwie.
Trudno się z tym nie zgodzić, Wujkowe wyjazdy
zawsze przyciągały najróżniejszych ciekawych ludzi. Tak było
i tym razem. Co mnie zaskoczyło, gdy dotarliśmy pod szkołę,
to fakt, że gdzie nie spojrzeć tam stał ktoś z II LO.
Zauważyłem tylko cztery osoby z młodszych roczników i
oczywiście trójkę opiekunów, tym razem samych panów
profesorów: Chmielowca, Majewskiego i Sołtysa.
Podróż do Krościenka upłynęła
spokojnie. Ktoś tam brzękał na gitarze, inny opowiadał
głupie dowcipy. Tu i tam rozlegał się szelest rozwijanego
papieru śniadaniowego lub papierków po cukierkach. Mój
właściciel słuchał muzyki ale mnie nie dał posłuchać nawet
na chwilkę! Zupełnie zapomniał, że ja tez lubię Green Day'a!
Ech, ciężki jest los parasola. Zdziwieni? A niby kto, według
was, miałby to pisać? Krawat? Nie rozśmieszajcie mnie! |
 |
Wreszcie dotarliśmy na miejsce, skąd
rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę na Lubań. Na początku
natknęliśmy się na bardzo interesujący pomnik. Przypominał
trochę krzak przerośniętych cierni. Nikt nie miał pojęcia,
czego jest on symbolem, dopiero malutka płaskorzeźba
położona nieopodal tego żelaznego molocha poinformowała nas,
że to na cześć żołnierzy, którzy zginęli w obronie Polski
Ludowej. W życiu bym się nie domyślił!
Po chwili pomnik został już za nami, a nasze spojrzenia
zatopione były w horyzoncie, na którym mieliśmy nadzieję
ujrzeć szczyt. |
|
Dopiero w marszu, patrząc na te
wszystkie, coraz bardziej zmęczone i smagane gałązkami
twarze, z pajęczyną zaplątaną we włosy odkryłem jaśniejszą
stronę bycia parasolem. My parasole nie musimy chodzić, my
jesteśmy noszone. Dlatego ze złośliwym uśmieszkiem
patrzyłem, jak niektórzy wyciągali rozpaczliwie swoje nogi w
górę, by odpoczęły.
Dzień upłynął spokojnie na rozmowach dokończonych o
wszystkim i o niczym. Niektórzy też turlali się z górki, by
odciążyć nieco umęczone stopy. Wieczorem ujrzałem dobrze mi
znany obrazek z zeszłego roku - nasz ośrodek w Ochotnicy
Górnej. Dobre pierwsze wrażenie psuje troszkę znajdująca się
przed frontem budynku obora, ale wnętrze rekompensuje
całkowicie ten niewielki zgrzyt estetyczny. Oferuje ono
bowiem wszystko, co potrzeba zmęczonemu turyście, nawet
jeśli, tak jak ja, ma trochę odmienny kształt: od wygodnego
łoża, poprzez stół pingpongowy po wyśmienite jedzenie i
fenomenalna herbatkę.
Nie wiem czy
wiecie, ale parasole mają fantastyczny słuch, lepszy nawet
niż nauczyciele! Dlatego nie było dla mnie żadna tajemnicą,
to co działo się w ośrodku, choć nie wyściubiłem rączki z
pokoju. Gdzieś w jadalni brzdękał tercet strunowo-dęty: dwie
gitary i harmonijka ustna, zaś w kuchni gotowała się woda na
herbatę, a nad tym wszystkim dominował stukot piłeczko
pingpongowej. |
|
Drugi
dzień rozpoczął się Mszą Świętą w zabytkowym, drewnianym
kościółku. Później odwiedziliśmy grób ks. Józefa Tischnera,
który szczególnie ukochał sobie Gorce i spędzał tu każdą
wolną chwilę. |
 |
 |
Niedziela obfitowała w niespodzianki, bo na szlaku często
towarzyszył nam śnieg i mgła. Mgła była gęsta jak zupa
mleczna, a drzewa i kwiaty wzdłuż szlaku wyglądały w niej
tak surrealistycznie, że zaczęły powstawać przerażające
opowieści o morderczych, ludożerczych wręcz bukach czy
krokusach. Straszne bujdy, ale każdy parasol wie co robi "biol-chem"
z człowiekiem. |
|
Tym, którym umysłu nie zaprzątały roślinki, trenowali swoje
szare komórki próbując uratować jak najwięcej krasnoludków z
rąk podłej Królewny Śnieżki, czyli usiłowali rozwiązać
zagadki logiczne, które Borsuk przywiózł z Olimpiady
matematycznej. Ja z nim i większego problemu nie miałem. W
końcu parasole to najwięksi matematycy na ziemi, zaraz po
wielbłądach i borsukach, ale przyjemnie było popatrzeć jak
ludzie wysilają się próbując odkryć oczywiste rozwiązanie.
Gdy schodziliśmy z Turbacza urządziliśmy sobie nieoficjalne
mistrzostwa szkoły w wywrotkach na błocie. Nie koronowanym
królem został Helu zaliczając według różnych sposobów
punktacji od 3 do 6 upadków. Jednak specjalna nagroda należy
się mojemu właścicielowi, który jako jedyny potknął się na
prostej drodze, w dodatku na suchym gruncie. Ha! Pokazał tym
wszystkim młodzieniaszkom prawdziwą klasę i mistrzostwo.
Jestem z niego taki dumny, choć przyznam się, że przywitałem
wtedy Matkę Ziemię przepiękną wiązanką, wcale nie kwiatów.
|
| Dodam jeszcze, że wieczorem odbyło się wspaniałe
ognisko. Ja, jak zwykle, musiałem obejść się smakiem,
wdychając kuszący zapach pieczonych kiełbasek. |
 |
|
W
ostatnim dniu zdobyliśmy Wysoka. I to jak zwykle bywa, choć
szczyt ten jest teoretycznie najniższy, była to najbardziej
męcząca wspinaczka. Ale za to te widoki ze szczytu...
Muszę się wam
przyznać, że jestem trochę magiczny. Niektórzy zwą takie
przedmioty artefaktami. Otóż ja jestem artefaktem
zaklinającym dobrą pogodę i co ciekawe to naprawdę działa!
Wszyscy zapowiadali nam obfite opady przez cały weekend, a
tymczasem nas zmoczyło tylko troszkę w ostatni dzień. Deszcz
był tak słaby, że niektórzy nawet nie wyciągnęli specjalnych
peleryn na takie okazje.
Droga
powrotna upłynęła nam wszystkim w bardzo dobrych humorach,
choć stanowczo za szybko. Niektórzy mieli problemy ze
zużyciem prowiantu, w który zaopatrzyli się na podróż.
Szybko jednak znaleźli chłonny rynek zbytu w osobach
opiekunów. Jak można się domyślać, mnie nie poczęstowali.
Parasol się zastanawia, po co ma służyć człowiekowi, jeśli
on potem w ogóle nie pamięta i nie okazuje mu żadnej
wdzięczności!
Po powrocie
do domu usłyszałem tylko:
-
Przeżyliśmy tam wiele, co nie stary?
I gdy chciałem mu
odpowiedzieć: "Nie ma zmartwienia, koleś", ten wrzucił mnie
do szafy i zatrzasnął drzwi. No cóż, mam teraz o czym
opowiadać moim przyjaciołom molom i już zacząłem ładować
akumulatory odpędzania niepogody na wakacje!
Zobacz więcej zdjęć
Wojciech Leśniak
|
Tego mi było trzeba
(maj 2004)
Któryś z kolei (a mój pierwszy!) wyjazd Wujków już za nami. Nie
będzie to sprawozdanie na zasadzie: "pierwszego dnia weszliśmy na
Sokolicę i Trzy Korony, drugiego...". Po prostu napiszę, dlaczego
tak miło wspominam ten wyjazd (w podtekście: dlaczego warto było
pojechać z Wujkami).
Pierwszy i podstawowy powód: po tylu
tygodniach nauki oderwanie się od "poszerzonego domu rodzinnego" i
łyknięcie świeżego powietrza było czymś nie tyle potrzebnym, ile
niezbędnym do przeżycia kolejnych dwóch miesięcy.
Okazja do budowania nowych znajomości
i umocnienia (remontowania?) starych. Jestem z kimś w jednej klasie,
razem pracujemy, razem przeżywamy problemy i radości, a tak naprawdę
kontakt urywa się wraz z ostatnim dzwonkiem - beznadzieja. Mam tu na
myśli nie tylko kontakty uczeń - uczeń. Wszyscy, wszyscy, z którymi
rozmawiam o "Katolu" nie mogą wyjść z podziwu, że z nauczycielem
można normalnie, prywatnie, na spokojnie pogadać - nasza wycieczka
była kolejnym dowodem, że można.
Wyjazd z miłą atmosferą,
bez sztywniactwa, bez pilnowania co do minuty ciszy nocnej, szansa
na sprawdzenie swojej kondycji (oj, bywało różnie), zrobienie masy
ładnych zdjęć i przemoknięcie w ciepłym (?) deszczu. Alternatywa dla
spędzenia tych trzech dni z pilotem w ręku.
Jeśli ktoś potrzebuje czegoś więcej - trudno, nie musi z nami
jeździć. Ale wszystkim pozostałym "delikatnie" sugerujemy spędzenie
jednego z wakacyjnych tygodni z R. Sołtysem, K. Skrobaczem i całą
resztą "ekipy".
Kuba Drath |